Ostatni sakrament - to już kilka dni,
Twe serce - jak diament, znowu mi się śni.
I na tym się kończy - toczenie kamienia,
bom nigdy był niewart Twojego imienia.
To już za dni kilka - ciemność mnie pochłonie
zgasną ostatnie nadziei płomyki...
Nie dotkną miłości już nigdy me dłonie,
już nigdy nie ogrzeją mnie Twoje promyki.
Choć wiernym po wieki - słaby to poeta,
co na swoją miłość już lat wiele czeka.
I chociaż wciąż we mnie - żyją paranoje,
samotnie podążam przez świat - a nie "we dwoje".
Bezsilnie upadam, w nurt otchłani płynę,
bez celu i sensu - wszystko utraciłem.
Jako jedna z kropel - w deszczu się rozpłynę,
niewarte nic kompletnie - co w życiu uczyniłem.
Prawda gorzka jak - w wieczności rozstanie,
zabrała mi podporę, z którą wprzód kroczyłem.
Ostatni sakrament - to moje poddanie,
na zawsze na uboczu zostanę - jak byłem.
Kolejne wieczory bez pracy i miłości,
cierpię w pustym domu - cierpię w samotności,
Nie pojmie nikt tego - nieludzko tak boli...
nie pozna nikt po mnie, że jestem w niedoli.
Uśmiechać się będę, swą maskę nałożę,
choć ciężko jest wstać, wraz ze świtem nieba.
Nikogo nie smucąc, pozory szczęścia stworzę,
nikt nie da mi lekarstwa, którego mi potrzeba.
Kolejne dni życia, dokończę już w pustce,
i kiedyś ukojenia przyjdzie słodki smak.
Serce gdzieś zostawię - zawinięte w chustce,
polecę do chmur - wolny niczym ptak.
I chociaż miną wieki, być może zniknie świat,
i tak nie zapomnę - jak niesamowicie,
u Twego boku było, wstecz miliardy lat,
I zawsze będę kochał Ciebie ponad życie.