O ranie, co krzyczy, od paru już lat,
o próbach uciszenia jej - choć bezskutecznych...
myślę nocy każdej, nim sen da ukojenie.
Czy w sercu czuję gniew? Czy może przebaczenie?
O dniach, co mają nadejść, tak bardzo niepewnych,
w strachu pogrążony, wciąż - zgrywam twardziela.
Co jutro się wydarzy? Czy dzień będzie udany?
Czy przez swoje słabości zostanę pokonany?
O wszystkich możliwościach, które występują.
Tak wiele ich jest! Lecz z wielu nie skorzystam....
Tak wiele zrobić mogę, by jutro było lepsze.
Lecz choć pomysłów masa, to mnie nie przekonują...
O swoich marzeniach, tak bardzo odległych,
jak chmura na niebie, której nie dosięgam.
O tym jak je spełnić... - mijają godziny...
Planuję się zmienić, znów zmiany przysięgam.
O dawnych znajomych, którzy przeminęli,
niczym deszczowe opady przelotne.
O wszystkim, czego mogli mnie nauczyć,
o ich marzeniach i tym, czego pragnęli.
O pięknych słowach, które utworzyłem,
dla wspaniałych ludzi, których poznać mogłem.
"Choć kiedyś rozejdziemy się, pamięć pozostanie".
I o tym, że w końcu nadeszło rozstanie.
O pewnej kobiecie, która mnie urzekła,
nie pierwsza, nie ostatnia, lecz co czynić mam?
Czy jutro mam coś zrobić? Czy tylko przeczekać?
Kolejny dzień w marzeniach pogrążony, zwlekać?
O swojej rodzinie, która tak odległa...
O tym jak bardzo na codzień jej brakuje.
Jak wiele mógłbym zdziałać, mając ich przy sobie
i o tym, jak gorzko samotność ma smakuje.
O siostrze ukochanej, którą bardzo cenię,
lecz nie mam jej na codzień - nie skrywam tęsknoty.
O jej wspaniałych cechach i naszych podobieństwach,
I o tym, że przeze mnie, miewała kłopoty.
O kraju tak odległym, a jednak w mym zasięgu,
będącym mym marzeniem - w Irlandii kocham się.
Jak chciałbym tam zamieszkać, rozpocząć nowe życie,
i znów stanąć na nogi, wymazać to co złe.
O wielu innych kwestiach rozważam, zanim usnę.
I usnąć nie mogę, bezsennie mija noc.
Podnoszę się, bez siły, zderzam z codziennością.
Bez wiary, bez ducha - gdzieś uleciała moc...
Gdzie me postanowienia? gdzie plany i marzenia?
Czy wszystko co świadomość ma na myśl przywiodła,
złudzeniem było tylko? mirażem? ukojeniem?
Czy złudna ciemność nocy, zmysły moje zwiodła?
Tak mija noc każda, bezsenność mnie pogrąża,
lecz jest wyjątkowa, ma swoje uroki.
Nasz czas do przodu bezwzględnie podąża,
Każdego w końcu czeka, wieczny sen głęboki.
sobota, 22 lutego 2014
poniedziałek, 10 lutego 2014
attempt to return
Kiedyś miałeś wszystko i przenosiłeś góry.
Byłeś tak szczęśliwy... niczego Ci nie brakło.
Miłość, przyjaźń, pieniądze, perspektywy.
Spełniałeś swe marzenia i rosłeś ponad chmury.
Nie chciałeś dostrzegać nieuniknionego.
A lecąc samolotem, świat mały się wydawał,
i leżał u Twych stóp, byłeś jego panem.
Lecz nagle przyjść miało bardzo wiele złego.
I przyszło, tak nagle... bez ostrzeżenia.
Wszystko co tylko mogłeś - straciłeś.
Nie mogłeś się pozbierać, szukałeś znieczulenia.
Alkohol ci pomagał - lecz w nim się zatraciłeś.
Nadeszły chwile pustki, nadeszły dni smutne.
Chciałeś, ze wszystkich sił - nie myśleć.
Aż w końcu zrozumiałeś, co Ciebie otacza.
Że życie pełne bólu jest... okrutne...
Dostrzegłeś tę prawdę i zacząłeś walczyć.
Chciałeś iść do przodu, ocierając łzy.
Butelkę przechylając, znów się zatracałeś.
Kolejny pijany dzień - ostatnim miał być.
Znalazłeś przyjaciela, pracę, perspektywy...
Miłości nie znalazłeś, lecz odzyskałeś życie.
Rzec można - powróciłeś, bo mogłeś się uśmiechać.
Powoli budowałeś swe przyszłe, lepsze dni.
Twa rana wciąż bolała, musiałeś ją znieczulać.
Lecz siły dodawały ci osoby bliskie.
I chociaż przechylałeś kolejne butelki,
tak bardzo doceniałeś szczęśliwe chwile wszystkie...
Tak lata mijały, twa rana coraz ciszej,
wręcz szeptem wołała - stawałeś się głuchy.
Skupiałeś się na tym co jest i co być ma,
wiedziałeś, że nagradzana jest zawziętość twa.
Nie przenosiłeś gór, lecz dobrze było ci.
Choć świat już nie wydawał się taki malutki,
wiedziałeś że znowu potrafisz być szczęśliwy.
Bo odzyskałeś cząstkę tych utraconych dni.
Lecz znowu zapomniałeś, jak życie bywa trudne,
że szczęście nie przeminie - wmawiałeś znowu sobie
Twe plany na przyszłość, były bardzo złudne.
Alkohol coraz bardziej zatracał umysł tobie.
Aż w końcu zrozumiałeś, że przestać nie możesz,
że gdzie było szczęście - tam był również on.
Że to twe lekarstwo, bez niego ciężko żyć.
A gdzie gra muzyka, tam on musi być...
I stało się znowu - zatoczył się krąg.
Nie miałeś pieniędzy, wszystko już przepiłeś.
Straciłeś przyjaciela, zostałeś całkiem sam.
Znieczulić się chciałeś, swój umysł omamiłeś.
Nic nie pomagały kolejne butelki,
sam już nie wiedziałeś, co czuć... co myśleć masz.
Byłeś zagubiony, szukałeś pomocy...
daremnie - wiesz jak jest, bo życie znasz.
Zostałeś całkiem sam, czując wielką pustkę,
twa rana krzyczała znowu głośno tak...
Brakuje Tobie sił, by znowu podjąć walkę.
Upadasz... bezwładnie... samotnie... na wznak
Jak podjąć możesz walkę, będąc całkiem sam?
Gdzie znaleźć motywację, podporę by wstać?
Obracasz się za siebie - dostrzegasz tam dno.
Czy masz tam właśnie skończyć, czy tak się ma stać?
I nagle, jak promień słońca zza chmury,
dostrzegasz nadzieję, niewielką - lecz ją chwytasz.
Ponownie się podniesiesz i świat spróbujesz podbić.
bo trzeba sięgnąć dna, by się od niego odbić.
Byłeś tak szczęśliwy... niczego Ci nie brakło.
Miłość, przyjaźń, pieniądze, perspektywy.
Spełniałeś swe marzenia i rosłeś ponad chmury.
Nie chciałeś dostrzegać nieuniknionego.
A lecąc samolotem, świat mały się wydawał,
i leżał u Twych stóp, byłeś jego panem.
Lecz nagle przyjść miało bardzo wiele złego.
I przyszło, tak nagle... bez ostrzeżenia.
Wszystko co tylko mogłeś - straciłeś.
Nie mogłeś się pozbierać, szukałeś znieczulenia.
Alkohol ci pomagał - lecz w nim się zatraciłeś.
Nadeszły chwile pustki, nadeszły dni smutne.
Chciałeś, ze wszystkich sił - nie myśleć.
Aż w końcu zrozumiałeś, co Ciebie otacza.
Że życie pełne bólu jest... okrutne...
Dostrzegłeś tę prawdę i zacząłeś walczyć.
Chciałeś iść do przodu, ocierając łzy.
Butelkę przechylając, znów się zatracałeś.
Kolejny pijany dzień - ostatnim miał być.
Znalazłeś przyjaciela, pracę, perspektywy...
Miłości nie znalazłeś, lecz odzyskałeś życie.
Rzec można - powróciłeś, bo mogłeś się uśmiechać.
Powoli budowałeś swe przyszłe, lepsze dni.
Twa rana wciąż bolała, musiałeś ją znieczulać.
Lecz siły dodawały ci osoby bliskie.
I chociaż przechylałeś kolejne butelki,
tak bardzo doceniałeś szczęśliwe chwile wszystkie...
Tak lata mijały, twa rana coraz ciszej,
wręcz szeptem wołała - stawałeś się głuchy.
Skupiałeś się na tym co jest i co być ma,
wiedziałeś, że nagradzana jest zawziętość twa.
Nie przenosiłeś gór, lecz dobrze było ci.
Choć świat już nie wydawał się taki malutki,
wiedziałeś że znowu potrafisz być szczęśliwy.
Bo odzyskałeś cząstkę tych utraconych dni.
Lecz znowu zapomniałeś, jak życie bywa trudne,
że szczęście nie przeminie - wmawiałeś znowu sobie
Twe plany na przyszłość, były bardzo złudne.
Alkohol coraz bardziej zatracał umysł tobie.
Aż w końcu zrozumiałeś, że przestać nie możesz,
że gdzie było szczęście - tam był również on.
Że to twe lekarstwo, bez niego ciężko żyć.
A gdzie gra muzyka, tam on musi być...
I stało się znowu - zatoczył się krąg.
Nie miałeś pieniędzy, wszystko już przepiłeś.
Straciłeś przyjaciela, zostałeś całkiem sam.
Znieczulić się chciałeś, swój umysł omamiłeś.
Nic nie pomagały kolejne butelki,
sam już nie wiedziałeś, co czuć... co myśleć masz.
Byłeś zagubiony, szukałeś pomocy...
daremnie - wiesz jak jest, bo życie znasz.
Zostałeś całkiem sam, czując wielką pustkę,
twa rana krzyczała znowu głośno tak...
Brakuje Tobie sił, by znowu podjąć walkę.
Upadasz... bezwładnie... samotnie... na wznak
Jak podjąć możesz walkę, będąc całkiem sam?
Gdzie znaleźć motywację, podporę by wstać?
Obracasz się za siebie - dostrzegasz tam dno.
Czy masz tam właśnie skończyć, czy tak się ma stać?
I nagle, jak promień słońca zza chmury,
dostrzegasz nadzieję, niewielką - lecz ją chwytasz.
Ponownie się podniesiesz i świat spróbujesz podbić.
bo trzeba sięgnąć dna, by się od niego odbić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)