Krzew, pod drzewem rosnący - tak waleczny.
Przez czas wciąż gardzony, przez wiatr tak szarpany...
Cel jasny - rosnąć, choć koniec jest wieczny.
Liście w woli życia - przeżyją, odłamy.
Chciał tylko żyć, lecz musiał pić wodę,
by patrzeć się w niebo, by istnieć wśród troski.
Dzień każdy kolejną przysparzał mu trwogę,
Świat tak wciąż nieznany, niczym bagno - grząski.
Istniał bez celu - nie prosił o istnienie,
bez duszy, bez serca - jedynie chęć przetrwania.
O dni kolejne walczył, znosił swe cierpienie,
lecz nie czuł swej męki, nie szukał uznania.
Nie wiedział jak marne, jego te oblicze,
lecz czuł - natury jedność w swym istnieniu.
Nie wiedział - po co, lecz zasypiał nocą,
i budził wśród blasku słońca oświetleniu.
Mijały tak lata, mijały dekady,
on wciąż patrzył w niebo i szukał swej chmury.
Porzucony, sam - nie poznał nigdy zdrady,
od zawsze samotnie poznawał świat ponury...
Widział jednak, gdzieś, w obliczu tej wieczności,
dostrzegał iskrę w sercu - wbite w serce sople...
Nie mógł Jej uchwycić, liście zamiast kości...
Łzy po jego liściu - spływają deszczu krople...
poniedziałek, 27 czerwca 2016
środa, 22 czerwca 2016
tornado of feelings
W czerni nieba, wśród księżyca blasku,
w myślach melancholia - uderza z wiatru mocą.
W głębi tornada - uczuć, wspomnień,
Powracasz do mnie, każdą jedną nocą.
Mur każdego roku - co dzień nas oddziela,
wciąż bardziej i bardziej - niebo nam oddala.
Pustka uczuć jutra - tak mocno poniewiera...
Utrata bez ustanku - serce me przypala.
Gdybym skrzydła miał, niczym wolny ptak,
szukałbym przeszłości, wśród przestworzy nieba.
W otchłaniach kosmosu odnalazłbym znak,
odnalazł do życia wszystko co potrzeba.
Lecz tułam się po ziemi, wśród samotnych drzew,
przemierzam codzienność bez serca pochodni.
Za całą bezcelowość, wewnątrz czuję gniew,
jak z raju wyrzuceni, ludzie pierworodni.
Skręciłem w złym kierunku, bez swego drogowskazu.
Z każdym krokiem jednym, oddalam się od niego.
Wiedziałem to natychmiast, wiedziałem od razu,
straciłem - co było w sercu mym dobrego.
W czerni nieba, wśród księżyca blasku,
nie chcę dalej iść, bo zgubiłem drogę.
W głębi tornada - uczuć, wspomnień,
nic już więcej zrobić nie mogę....
w myślach melancholia - uderza z wiatru mocą.
W głębi tornada - uczuć, wspomnień,
Powracasz do mnie, każdą jedną nocą.
Mur każdego roku - co dzień nas oddziela,
wciąż bardziej i bardziej - niebo nam oddala.
Pustka uczuć jutra - tak mocno poniewiera...
Utrata bez ustanku - serce me przypala.
Gdybym skrzydła miał, niczym wolny ptak,
szukałbym przeszłości, wśród przestworzy nieba.
W otchłaniach kosmosu odnalazłbym znak,
odnalazł do życia wszystko co potrzeba.
Lecz tułam się po ziemi, wśród samotnych drzew,
przemierzam codzienność bez serca pochodni.
Za całą bezcelowość, wewnątrz czuję gniew,
jak z raju wyrzuceni, ludzie pierworodni.
Skręciłem w złym kierunku, bez swego drogowskazu.
Z każdym krokiem jednym, oddalam się od niego.
Wiedziałem to natychmiast, wiedziałem od razu,
straciłem - co było w sercu mym dobrego.
W czerni nieba, wśród księżyca blasku,
nie chcę dalej iść, bo zgubiłem drogę.
W głębi tornada - uczuć, wspomnień,
nic już więcej zrobić nie mogę....
Subskrybuj:
Posty (Atom)