poniedziałek, 10 lutego 2014

attempt to return

Kiedyś miałeś wszystko i przenosiłeś góry.
Byłeś tak szczęśliwy... niczego Ci nie brakło.
Miłość, przyjaźń, pieniądze, perspektywy.
Spełniałeś swe marzenia i rosłeś ponad chmury.

Nie chciałeś dostrzegać nieuniknionego.
A lecąc samolotem, świat mały się wydawał,
i leżał u Twych stóp, byłeś jego panem.
Lecz nagle przyjść miało bardzo wiele złego.

I przyszło, tak nagle... bez ostrzeżenia.
Wszystko co tylko mogłeś - straciłeś.
Nie mogłeś się pozbierać, szukałeś znieczulenia.
Alkohol ci pomagał - lecz w nim się zatraciłeś.

Nadeszły chwile pustki, nadeszły dni smutne.
Chciałeś, ze wszystkich sił - nie myśleć.
Aż w końcu zrozumiałeś, co Ciebie otacza.
Że życie pełne bólu jest... okrutne...

Dostrzegłeś tę prawdę i zacząłeś walczyć.
Chciałeś iść do przodu, ocierając łzy.
Butelkę przechylając, znów się zatracałeś.
Kolejny pijany dzień - ostatnim miał być.

Znalazłeś przyjaciela, pracę, perspektywy...
Miłości nie znalazłeś, lecz odzyskałeś życie.
Rzec można - powróciłeś, bo mogłeś się uśmiechać.
Powoli budowałeś swe przyszłe, lepsze dni.

Twa rana wciąż bolała, musiałeś ją znieczulać.
Lecz siły dodawały ci osoby bliskie.
I chociaż przechylałeś kolejne butelki,
tak bardzo doceniałeś szczęśliwe chwile wszystkie...

Tak lata mijały, twa rana coraz ciszej,
wręcz szeptem wołała - stawałeś się głuchy.
Skupiałeś się na tym co jest i co być ma,
wiedziałeś, że nagradzana jest zawziętość twa.

Nie przenosiłeś gór, lecz dobrze było ci.
Choć świat już nie wydawał się taki malutki,
wiedziałeś że znowu potrafisz być szczęśliwy.
Bo odzyskałeś cząstkę tych utraconych dni.

Lecz znowu zapomniałeś, jak życie bywa trudne,
że szczęście nie przeminie - wmawiałeś znowu sobie
Twe plany na przyszłość, były bardzo złudne.
Alkohol coraz bardziej zatracał umysł tobie.

Aż w końcu zrozumiałeś, że przestać nie możesz,
że gdzie było szczęście - tam był również on.
Że to twe lekarstwo, bez niego ciężko żyć.
A gdzie gra muzyka, tam on musi być...

I stało się znowu - zatoczył się krąg.
Nie miałeś pieniędzy, wszystko już przepiłeś.
Straciłeś przyjaciela, zostałeś całkiem sam.
Znieczulić się chciałeś, swój umysł omamiłeś.

Nic nie pomagały kolejne butelki,
sam już nie wiedziałeś, co czuć... co myśleć masz.
Byłeś zagubiony, szukałeś pomocy...
daremnie - wiesz jak jest, bo życie znasz.

Zostałeś całkiem sam, czując wielką pustkę,
twa rana krzyczała znowu głośno tak...
Brakuje Tobie sił, by znowu podjąć walkę.
Upadasz... bezwładnie... samotnie... na wznak

Jak podjąć możesz walkę, będąc całkiem sam?
Gdzie znaleźć motywację, podporę by wstać?
Obracasz się za siebie - dostrzegasz tam dno.
Czy masz tam właśnie skończyć, czy tak się ma stać?

I nagle, jak promień słońca zza chmury,
dostrzegasz nadzieję, niewielką - lecz ją chwytasz.
Ponownie się podniesiesz i świat spróbujesz podbić.
bo trzeba sięgnąć dna, by się od niego odbić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz