Mieszanka serca, me obojętności,
przeżarte marzenia, ta zwykła świadomość.
Obłoki, burzowe chmury codzienności,
zgłupiała we łbie wiadomość.
Światła wśród rozstajnych dróg,
krzyż nicości - tylko mętlik.
Żadna wiara, żaden Bóg,
na rozstajnych drogach krętych...
Piach sypiący w oczy srodze,
i bez końca pusty szlak.
Mrok i ciemnność na tej drodze,
wiara gdzieś daleko tak...
Czarne oczy, ciemnej nocy,
nadal czule spoglądają...
W nich jest całe źródło mocy,
lecz codzień się oddalają.
Wszystko to - u szczytu nieba
kochać serce nakazuje.
Może gdzieś - na szczycie drzewa,
szczeście wciaż nas obserwuje?
Może gdzieś daleko tak...
gdzie przestaje śpiewać ptak,
Jesteś - moja ukochana?
Proszę - śnij mi się do rana...
Odgoń pustkę, odgoń trwogi,
niech nie pęta strach me nogi.
Ukoj rany i zwątpienia,
Kocham dźwięk Twego imienia.
Oddaj sens i pokaż drogę,
bo bez Ciebie żyć nie mogę.
Budzę się... to tylko sen...
Mętny znów nastaje dzień...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz